Korona Gór Polski – Czyli, jak przezwyciężyć swoje słabości II

Cześć wam wszystkim. Przepraszam że dawno nie dodałem żadnego wpisu w temacie KGP. Śpiesząc z wyjaśnieniami, chciałem wytłumaczyć się podając dwa powody.

Pierwszym jest to że chwilowo skupiłem się na innym temacie, na moim blogu. Chodzi o temat Virus, po prostu, jak to mówią, miałem wenę twórczą i nie chciałem z nie skorzystać.

A drugim jest to że ostatni tydzień był po raz kolejny, trudnym dla mnie. Ale zacznijmy od samego początku.

Tydzień temu w niedziele, wybrałem się żeby zdobyć kolejny szczyt z Korony Gór Polski. A był nim szczyt niedaleko Szklarskie Poręby „Wysoka Kopa”. Od samego rana wszystko szło zgodnie z planem. Pobudka, zapakowanie się, dojazd na miejsce docelowe, czyli parking w Szklarskiej Porębie.

Już od samego wyjścia z auta, czułem że tego dnia nie będzie łatwo. Ale nie martwiłem się. Ubrałem się grubo. Założyłem moje raczki i ruszyłem w stronę schroniska „Wysoki kamień”. Oczywiście cała drogę towarzyszyły mi piękne widoki i śnieg który miejscami tworzył  ściany prawie nie do przejścia. Do tego można by było dodać, kilka powalonych drzew, które leżały martwo na szlaku. Ale co to dla mnie takie przeszkody? Z dość dużą łatwością pokonywałem kolejne przeszkody jakie stawiała przede mną góra.

W końcu, dotarłem do schroniska. Tam czekało mnie kolejne utrudnienie. Na drzwiach, które prowadziły do toalety w samym schronisku wisiała karteczka” AWARIA TOALETY. NIECZYNNE!”. A więc grzecznie podszedłem do pana który tam mieszka i zapytałem czy mają inna czynna. Ten miły pan skierował mnie do toalety rezerwowej na dworze. Poszedłem w tamtym kierunku. Ale niestety, zamiast uw toalety, mogłem zobaczyć tylko ok 3.5 metrową zaspę. Na szczęście, matka natura stworzyła mnie mężczyzną, więc dość łatwo poradziłem sobie z tym utrudnieniem. W tym miejscu mogę jedynie współczuć wszystkim kobietą które tego dnia tam poszły

 

Po  kilku minutach i naładowaniu baterii, ruszyłem w stronę mojego wyzwania. Czyli „wysokiej kopy”. O ile do samego schroniska droga była ciężka. Tak to, co miało mnie spotkać w ciągu następnych kilkudziesięciu minut, to prawdziwy hardcore. Początek już zapowiadał się „wesoły”. Brak jakiegokolwiek udeptanego szlaku. Kawałek dalej spotkałem parę narciarzy którzy przestrzegali mnie przed dalszą wędrówką i ostrzegali o drzewach które łamią się bez ostrzeżenia. I istnieje ryzyko że mogą złamać się wprost na mnie. Tak wiem, czasem jestem lekkomyślny. Ale nie zraziło mnie to i ruszyłem dalej. Warunki były coraz gorsze. Nogi zapadały mi się coraz głębiej. A i tak miałem szczęście, że szedłem po udeptanych śladach, które zostawiła, wspomniana parka narciarzy.

W końcu doszedłem do „rozdroże pod zwaliskiem 1010 m.n.p.m”. I tam z lewej strony, szlakiem od Jakuszyc szło grupka turystów z przewodnikiem. Chwile z nim porozmawiałem. Dopytałem co i jak, a następnie ruszyłem przed siebie w 1.5 metrowe zaspy. Ponieważ tam, prowadził mnie szlak. Po przejściu, kilkudziesięciu metrów, w śniegu po pas a czasem nawet sięgającym mi do piersi. Zaczynałem przyjmować smutny dla mnie scenariusz, czyli to że tego dnia nie uda mi się zdobyć szczytu.

  Na domiar złego, okazało się że zgubiłem szlak i gdyby nie to że miałem GPRS-a nie wiem jak bym sobie wtedy poradził. Przyznam się, wtedy dotarło do mnie że jestem w skrajnie trudnej a zarazem niebezpiecznej sytuacji. Że może mi się coś stać. A zima w górach, to nie tylko piękne widoki, a też wielkie niebezpieczeństwo.

W tamtej chwili zrezygnowałem już ze zdobywania szczytu a wszystkie siły i umiejętności skupiłem na powrót do domu. Po kolejnych kilkunastu minutach, w śniegu i mrozie, najpierw trafiłem na szlak a następnie wyszedłem na utwardzoną drogę dla narciarzy. Tą drogą doszedłem do Jakuszyc, skąd koleją dojechałem do Szklarskiej Poręby.

Nawet nie wiecie, jak mocno mi ulżyło jak w końcu usiadłem w moim aucie, wiedząc że jestem bezpieczny. Kolejny raz w życiu miałem zwyczajnego fuksa. A moja głupota, arogancja i bezmyślność, nie zostały srogo ukarane.

Na koniec dodam że jeśli chodzi o moje kolejne podróże to niestety, mam przymusową przerwę. A to dlatego że w skutek innych wydarzeń losowych. Dzień po nieudanej próbie zdobycia „Wysokiej kopy” , rozerwałem mięsień STRATORIUSA w prawym udzie.

Jak brzmi mój wyrok? Trzy tygodnie, leżenia plackiem a następnie ok dwa albo trzy miesiące rehabilitacji.

  Jedno jest pewne, tej zimy nie zdobędę KGP.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *