ŚNIEŻKA- CZYLI, JAK KRUCHA JEST GRANICA MIĘDZY ODWAGĄ A GŁUPOTĄ 7/28

     Był to pochmurny niedzielny poranek 30.12.2018 roku. Obudziłem się w pokoju hotelowym „Karkonosze” w Kamiennej Górze. Zszedłem na dół, zjadłem śniadanie, popiłem gorącą kawą. Potem, nieśpiesznie wróciłem do pokoju. Sprawdziłem swój plecak, czy wszystko się w nim znajduje. Ubrałem kurtkę, buty, zabrałem ów plecak i poszedłem do samochodu. Odpaliłem silnik i ruszyłem w kierunku Karpacza ( nudne rozpoczęcie dnia? takie zwykłe spokojne, niezapowiadające trudów jakie mnie czekały).

  Jadąc tak przez kilkanaście minut, moja głowa przepełniona była pozytywnymi myślami. Podniecenie przeplatało się z ekscytacją, czułem odrobinę strachu. W końcu miałem za chwilę podjąć próbę wejścia na trzeci najwyższy najwyższy szczyt w KGP.

    Śnieżka 1603 m.n.p.m, najwyższy szczyt Karkonoszy oraz Sudetów , jak również Czech. To był mój cel tego dnia.

    Auto zaparkowałem, na parkingu koło „Hotelu Biały Jar”. I ruszyłem w stronę mego celu. Początkowo szedłem, wąskimi uliczkami Karpacza. Dopasowałem sobie drogę tak, aby przejść, koło miejsca „anomalii grawitacyjnej”( dla wyjaśnienia, w wyznaczonym miejscu na drodze, ustawia się auto pod górkę, spuszcza się hamulec ręczny i zostawia auto na „luzie”. Normalnie auto powinno toczyć się w dół, czyli do tyłu. A ono wbrew grawitacji, jedzie do przodu. Oczywiście, jest na to wyjaśnienie, ale nie chce tego tutaj robić i psuć frajdę innym którzy jeszcze nie widzieli tego na własne oczy).

W końcu, doszedłem do parku krajobrazowego, kupiłem bilet i udałem się szlakiem żółtym w stronę mojego pierwszego przystanku, czyli Białego Jaru. Szlak był ubity, z łatwością pokonywałem kolejne metry. Oczywiście, znacznym ułatwieniem, dla mnie było to że posiadałem raki, dzięki którym się nie ślizgałem. Jaki dumny byłem z siebie, jak co jakiś czas „imprezowych turystów”(turystów którzy wchodzili do góry, kompletnie nieprzygotowani), a za plecami słyszałem „widzisz? On ma raczki, też mogliśmy sobie kupić coś takiego, było by łatwiej”. Czułem że tym razem jestem przygotowany w 100%.

Po kilkudziesięciu minutach, doszedłem do „Doliny Białego Jaru”. Zatrzymałem się na chwilę żeby trochę po podziwiać piękne zimowe krajobrazy.

To było też miejsce, w którym swoją przygodę ze wspinaczką kończyli moi ulubieni „imprezowi turyści”. W dalszą drogę ruszali tylko przygotowani i bardziej doświadczeni w górskich bojach. Na moje szczęście należałem do tej drugiej grupy. I prawdę mówiąc, od tamtego momentu, skończyła się przyjemna wędrówka, na łonie natury, wśród nieskazitelnego piękna gór.

  Zaczęła się walka z gęsto padającym śniegiem, który przedostawał się w każdą szczelinę w ubraniu, walka z mroźnym wiatrem. Ale największym przeciwnikiem  w tamtym momencie byłem sam JA. To znaczy walka z moimi słabościami, sprawdzian dla mojego ducha.

Dookoła szalała zamieć a ja powolnym krokiem parłem do przodu. Momentami szedłem na oślep, bo przez to że nie miałem googli to śnieg mnie oślepiał. W końcu doszedłem do schroniska „Dom Śląski”. Mimo trudnych warunków atmosferycznych, schronisko pękało w szwach. Było pełno turystów z Polski jak i też z Czech, którzy dotarli tam szlakami ze swojej strony.

Wszedłem do środka, kupiłem gorącą herbatę, usiadłem. Po chwili czułem jak pod wpływem ciepła topi się lodowa skorupa na całym moim ubraniu. Czułem ogarniającą mnie wilgoć, nie było to przyjemne uczucie. Ale miałem plan że przebiorę się dopiero jak wrócę ze szczytu. W końcu, najgorsze wyzwanie było dopiero przede mną. Po 15 minutowej przerwie, ruszyłem w stronę szczytu. Pierwszy raz, odkąd zacząłem chodzić w góry, byłem tak blisko celu, a nie widziałem go na horyzoncie. O ile, warunki których do tej pory doświadczyłem, były ciężkie to, to co było przede mną było ekstremalne. Ale nie zważając na konsekwencje, ruszyłem w sam środek białego piekła.

Wiatr dudniał mi w uszach, niemiłosiernie. Widoczność była ograniczona do 2 może 3 metrów. Ciągle sypiący, gęsty śnieg. Szedłem, krok po kroczku, coraz to wyżej. Trzymałem się z całych sił łańcuchów. Mijałem nielicznych ludzi, którzy albo szli tak jak ja do góry, albo wracali. Jeszcze inni, kucali, przyklejeni do metalowych słupków, bojąc się mocnych podmuchów.

 

Nie jestem tchórzem. Tchórzem jest ten, kto się boi i ucieka, a ja się boję, ale nie uciekam.

    Przyznam wam się do jednego( nie wiem czy to było mądre czy głupie z mojej strony), ale przez całą tą drogę na szczyt, miałem w głowie miliony myśli: ” jak bym teraz spadł na dół, to znaleźli by mnie dopiero wiosną”, ” tyle razy w życiu to mnie kopano, choć raz to ja skopie Ciebie s…ko!! (to się tyczyło Śnieżki”. I wiele innych, mniej lub bardziej wulgarnych. Ale ani razu nie przeszło mi przez głowę żeby się wycofać. Żeby wrócić i nie ryzykować. Bo jak by nie patrzeć, wtedy ryzykowałem, swoim zdrowiem i życiem.

Strach jest naszą obroną. Strach powstrzymuje nas przed niepotrzebnym i niemądrym ryzykiem. Strach nas dyscyplinuje

 

    Po wejściu na szczyt, poczułem wielką ulgę. Choć warunki były straszne: temperatura  -21′, wiatr w porywach 94 km.h. Szybko zrobiłem zdjęcie i ruszyłem w drogę powrotną. Wydawać się może że powroty są łatwiejsze. Ale nie w tym przypadku, Wiatr wiejący w plecy, z jednej strony ułatwiał zejście. Ale nagłe silne podmuchy sprawiały, że nie miałem siły hamować na zakrętach. Przez co za każdym razem z wielką siłą uderzałem w słupki okalające ścieżkę, albo w wystające skały.

Udało mi się w końcu dotrzeć do schroniska. Jeszcze przed wejściem do środka, poprosiłem grupkę turystów aby zrobili mi zdjęcie. Chciałem pokazać znajomym, jak wyglądałem po zdobyciu śnieżki. Zmęczony, przemoczony i zmarznięty poszedłem szybko się przebrać. Potem zjadłem obiad i po ogrzaniu się, ruszyłem w stronę Karpacza.

Do dzisiaj nie umiem określić swojego zachowania z tamtego dnia. Mam cały czas mieszane uczucia.

Z jednej strony, rozpiera mnie duma że ja, wątły mały mężczyzna dałem rady w takich warunkach. Wygrałem z przeciwnościami losu,z pogodą, z własnymi słabościami. Nie poddałem się.

Ale z drugiej, moje zachowanie, moja postawa była odważna czy po prostu głupia? Mam nadzieję że kiedyś znajdę odpowiedz na to pytanie.

Ryzyko, które podejmujesz jest miarą tego, co cenisz.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *