Virus III

Zardzewiały wóz, śmiało pokonywał kolejne kilometry, niegdyś dwupasmowej drogi podmiejskiej. Toczył się w kierunku”życia”, w kierunku bramy którą, on wraz z całą ośmioosobową załogą mógłby wjechać do Crimson. Po ciężkim, wyczerpującym dniu nikomu nie było do śmiechu. Nawet jakiekolwiek rozmowy nie wchodziły w grę. Każdy z osobna rozgrywał i rozpamiętywał ten dzień we własnej głowie. Dla każdego z ekipy łowców, strata Roberto była ciosem.Siedzieli i milczeli.

Lukas, siedział w kabinie kierowcy, nogi oparł o deskę rozdzielczą. Na kolanach trzymał mały notes w którym zapisywał swoje przemyślenia. Starał się codziennie coś napisać, choćby kilka krótkich zdań.

„Wielkie czerwone słońce zaczęło znikać za horyzontem, ostanie już promienie omiatały, korony młodych drzew. Tylko te młode drzewa, krzewy i cała kolorowa i pachnąca roślinność udała się stwórcy. W ciągu tych ponad sześćdziesięciu lat, cały świat jaki do tej pory znali nielicznie ocalali, zmienił się diametralnie. Zniknęły, wielkie metropolie, bogactwa, przepych, wszystkie dobra XXI wieku zginęły. Zamiast tego zostały tylko zgliszcza, resztki cywilizacji gatunku „panów-ludzi”, albo prawdę mówiąc, gatunku „szkodników-ludzi”. Może Bóg (jeśli istnieje) zrozumiał, że popełnił błąd, obdarzając człowieka rozumem. I w 2018 roku, powiedział dość!! I zesłał na ziemię cały ten syf? Nie wiemy, i nigdy pewnie już się nie dowiemy. Pokolenie które pamięta jeszcze tamte wydarzenia, pomału odchodzi, i zabiera ze sobą wspomnienia. Nam pozostało pisać nową historię. Ciągniemy za sobą wielkie brzemię, musimy stworzyć świat tak, aby za kolejne sześćdziesiąt lat ktoś inny na naszym miejscu. Czytając mój dziennik, nie powiedział że zostawiliśmy po sobie gówno.” 

Mężczyzna, głośno wzdychnął, schował ołówek, zamknął mały notesik. Wcisnął go do wewnętrznej kieszeni bluzy. Podniósł leniwie wzrok, półmrok otaczał już okolicę. Ale na tyle było jeszcze widno że mógł dostrzec lekko zardzewiałą zieloną, metalową bramę. Która bardzo powoli ale z głośnym piskiem zaczęła się rozchylać. A zza niej ukazywała się powoli i nieśmiało, panorama Crimson.

Po krótkiej chwili, wjechali na plac a następnie pod sam garaż, z pod którego rano wyjeżdżali. Można by powiedzieć że misja udana. Przynajmniej w większej części się udało. W końcu, przywieźli w wielkiej  czarnej metalowej skrzyni dwadzieścia odciętych trupich czerepów. Czerepów, które mimo że zostały pozbawione przegniłych ciał, nadal stanowiły zagrożenie dla nierozważnych.

 ***

       Zanim pozostali otwarli tylną klapę samochodu i jeden po drugim, wyszli. To Lukas wraz z Arielem ruszyli szybkim krokiem w stronę budynku rady i lidera.

-Mój stary brachu, ciekawe czy śledczy coś odkryli w mieszkaniu Roberto- Lukas zagadał do Ariela

Stary łowca, zaczesał po raz kolejny czuprynę, wzruszył ramionami i cicho dodał- miejmy taką nadzieję, synu

Oboje weszli do budynku, skierowali swoje kroki w kierunku wielkiej sali w której czekały na nich cztery osoby. Trzech mężczyzn i kobieta, prowadzili intensywną rozmowę, lecz na widok dwóch łowców, spuścili z tonu. Nagle, jeden z czworga osób, wysoki czarnoskóry mężczyzna w dredach, wysunął się przed szereg i ruszył w ich kierunku. Był to Orlando Malcolm, lider całej wspólnoty.

– witam, wreszcie dotarliście. Czekaliśmy na was, mamy raporty z oględzin miejsca, gdzie zginął Roberto- mężczyzna podszedł do Lukasa i Ariela- chodźcie do stołu, musimy parę rzeczy wyjaśnić

– a co tu wyjaśniać, naszą wersję znasz, zostawiliśmy wam przecież raport, po prostu chcemy wiedzieć co zabiło Roberto- wzburzył się Lukas

-spokojnie, o nic was nie oskarżamy, po prostu nasza ekipa była na miejscu zdarzenia, ale nic szczególnego nie zauważyli. Według mnie,  po prostu zapomniał kilkukrotnie przyjąć serum. A co do strzału w głowę…to przez szacunek do Roberto i do was obu, nie będę drążył dalej. Nie wydaje mi się że pojedynczy trup, byłby w stanie zaskoczyć dwóch tak doświadczonych łowców- Orlando mówiąc to, podszedł wolnym krokiem do wielkiego dębowego stołu i zajął miejsce na jednym z z krzeseł stojących wokół.

Lukas spojrzał na Ariela, na twarzach obu mężczyzn pojawił się lekki uśmiech. Ale nic nie odpowiedzieli w tamtej chwili. Po prostu zrozumieli że czasem warto przemilczeć niektóre kwestie. A nawet jeśli Orlando domyślał się prawdy to i tak nie miał zamiaru nic z tym robić, więc nie warto się odzywać.

Po chwili, wszyscy zajęli swoje miejsca przy stole i zaczęli rozmawiać o całej sprawie, o tym, kiedy zrobić uroczystość na cześć Roberto.  O sprawach bieżących w społeczeństwie. Po około czterdziestu minutach,  wspólnie ustalili że uroczystość na cześć Roberto odbędzie się wieczorem.

– a więc, jeśli wszyscy już wszystko wiedzą to możemy się rozejść- zakomunikował Orlando, po czym wstał i udał się w stronę swojej kwatery.

***

     W Crimson, nastał zmrok. Na wielkim placu po środku miasta zebrali się niemal że wszyscy mieszkańcy aby pożegnać Roberto Manciniego. Wszyscy stali w skupieniu i zadumie, słuchali słów Orlando Malcolma. Czarnoskóry mężczyzna stał na specjalnie zrobionym podwyższeniu. Ubrany był w długi do samych kostek, szary płaszcz, pod spodem miał białą koszulkę na ramiączkach. Do czarnych długich spodni, przytwierdzony miał srebrny pas. Stał dumnie na baczność i z wielką dumą przemawiał. Jego głos rozchodził się po wszystkich zakątkach miasta. Wiele można było o nim powiedzieć, ale co jak co ale przemawiać to on umiał bardzo dobrze.

„Spytacie mnie kim był dla mnie Roberto Mancini. Był to człowiek, odważny, mądry, honorowy i uczciwy. Taki typ lidera, mimo surowości, potrafił niegdyś rządzić całą społecznością. Udawało mu się to przez dziesięć lat. Swoją niezwykłą mądrość pokazał też w momencie kiedy ustępował ze stanowiska, mimo że miał zgodę rady na pozostanie, sam zdecydował że już się nie oddaje stanowisku w 100%. Odszedł z podniesionym czołem. Został łowcą. Służył społeczności aż po dziś dzień „

         Słowa lidera, działały na wszystkich zebranych na placu w różny sposób. Grupka młodych dziewczyn, tuliła się do siebie i na wzajem wycierały sobie łzy spływające po policzkach. Zaś kawałek dalej stali dwaj mężczyźni, w czerwonych mundurach straży, stali na baczność i wgapiali się w Orlando tak jakby wchłaniali każde jego słowo.

        W tym jednym momencie całe Crimson było jak jeden wielki organizm, byli jednością. W końcu Orlando zakończył swoją przemowę, po czym kazał wszystkim zgromadzonym(oczywiście pełnoletnim) aby zabrali sobie, każdy po jednym kubku z samogonem. Które wcześniej były naszykowane na stoliku niedaleko niego. Po czym wypili wszyscy na cześć Roberto. W tym momencie, uroczystość dobiegła końca. Mimo to nikt nie kwapił się aby się rozejść. W końcu wieczór był ciepły a świerszcze grały swoją piękną melodię.

***

       Lukas stał lekko podpierając się o ścianę jednego z budynków na skraju placu. Miętolił w ręce pusty plastikowy kubek. Nie miał ochoty na rozmowę z nikim w okolicy. Przez co stał całkiem sam, ale jego wzrok i myśli skupiały się na pewnej parze, mężczyźnie i kobiecie, którzy siedzieli na ławeczce po przeciwnej stronie placu. Światło z halogenów, które oświetlało cały plac tylko ich lekko muskało. Ich twarze skryte były w mroku. Ale on wiedział kim byli, była to Lili i David. Siedzieli wtuleni w siebie, zajęci byli rozmową, nie zdawali sobie nawet sprawy z tego że byli obserwowani.

Po dłuższej chwili, dumny dowódca straży, wyprostował się. Wyrzucił do pobliskiego kosza, pognieciony kubek i ruszył przed siebie. Nogi prowadziły go w stronę nieoświetlonych uliczek Crimson. Szedł tak przed siebie dłuższą chwilę. Po pewnym czasie, słyszał za plecami wołanie, na początku ciche. Ale z każdym krokiem coraz to głośniejsze

-Hej!! Lukas!! Czekaj na mnie!!

W końcu nie mógł już ignorować głosu. Odwrócił się, a w jego stronę biegła jakaś postać. W mroku, trudno było rozpoznać kto to, ale po głosie, Lukas poznał swoją przyjaciółkę Felicję Grimes Andrus. Była to czarnowłosa drobna kobieta, ok czterdziestu pięciu lat. Ubrana była w obcisłe jeansy które podkreślały jej prawie idealną talię. A pod szarą bluzą, tuliła swojego dwuletniego synka który smacznie spał.

– cześć Felicja- Lukas, uśmiechnął się lekko, po czym dodał z lekkim sarkazmem w głosie- co się stało że tak mnie ścigałaś

– no cześć, dowódco- kobieta odwzajemniła uśmiech- po prostu dawno nie mieliśmy okazji ze sobą rozmawiać, dawniej do mnie częściej przychodziłeś. Teraz od niemal dwóch tygodni cię nie widziałam. Junior, Alicja, Tommy się za tobą stęsknili. Nawet mały Phil dopytuje gdzie jesteś.

– przepraszam, zabiegany byłem, mamy pełno nowych rekrutów, teraz im poświęciłem uwagę. Poza tym, grupa moich łowców lekko się pozmieniała. No wiesz ciężko było. Ale obiecuję że wpadnę niedługo- po tych słowach odwrócił się i ruszył przed siebie

– to po co odkładać na jutro, coś co można zrobić dzisiaj, zapraszam cię do siebie. Pogadamy, mam butelkę samogonu od Martina, możemy wypić po szklaneczce- Felicja nie dawała za wygraną i ruszyła za Lukasem

Mężczyzna chwilę się zastanowił, nie miał tego dnia, zbytnio ochoty na jakąkolwiek rozmowę. W końcu, miał ciężki dzień, stracił przyjaciela, musiał patrzeć przez kilka godzin na kwitnącą miłość pomiędzy jego byłą dziewczyną a jakimś cwanym doktorkiem. Ale znał też dobrze Felicję i wiedział że jak ta kobieta się uprze to prędzej czy później i tak postawi na swoim.

Nie odwracając się do niej jeszcze przez chwilę, odparł – ok, chodźmy do ciebie, ale uprzedzam, wypiję tylko jednego

– świetnie!- kobieta z radości aż rzuciła się na jego szyję i mocno utuliła- no to lecimy

***

     Kilka minut później byli już u niej. Mieszkanie było, naprawdę duże. Drzwi frontowe prowadziły do małego przedpokoju, następnie, wchodziło się do salonu. Na jego środku była wielka kanapa, na wprost niej po całej długości ściany stały różne komody i regały. Z lewej strony, były dwie pary drzwi które powadziły, kolejno do kuchni a następne do łazienki. Z kolei z prawej strony były drzwi do trojga pomieszczeń. Dwa z nich to pokoje jej dzieci. Pierwszy należał do ośmioletniego Juniora a drugi do sześcioletniej Alicji i czteroletniego Tomiego. Trzecie pomieszczenie to sypialnia Felicji w której było małe łóżeczko dla najmłodszego Phila. Dzieciak, miał taki twardy sen że nawet nie wiedział kiedy został przeniesiony do swojego łóżeczka. Po tym jak został położony i przykryty niebieską kołderką, nadal śpiąc odwrócił się na bok. Włożył do buzi swój malutki kciuk i zaczął go mocno ssać i wpadł w jeszcze większy sen. Felicja, cichutko wyszła z sypialni, przymknęła za sobą drzwi.

Lukas stał po środku salonu, uśmiechał się szeroko. I nagle, z szorstkiego, poważnego dowódcy straży zmienił się w przyjaznego chłoptasia. Gęste ciemne brwi, czarne oczy i te urocze dołeczki w policzkach, które pojawiały się zawsze kiedy się uśmiechał, sprawiały że stawał się jeszcze bardziej pociągający.

Felicja, przez chwilę zawiesiła na nim oko, mimo że był od niej młodszy o ponad dziesięć lat, zawsze jej się podobał. Ale wiedziała też że ich wzajemne relacje muszą mieć zawsze podłoże tylko czysto przyjacielskie. Zrobiła w jego stronę dwa kroki. Zrzuciła z siebie grubą bluzę i pchnęła ją niedbale na kanapę. Teraz została tylko w obcisłych jeansach i mocno przylegającą do ciała niebieską koszulką na ramiączkach.  Szybkim ruchem, rozpuściła koka. A jej długie, gęste, czarne włosy, opadły na drobne, ponętne ramiona.

– widzę że już się obsłużyłeś- kobieta uśmiechnęła się i wskazała palcem na szklankę, wypełnioną do połowy płynem. Którą Lukas trzymał w dłoni.

– no tak, akurat gdzie masz barek to wiem bardzo dobrze- Lukas nie przestawał się uśmiechać- ale nie jestem egoistą, tobie też nalałem- wskazał na szklankę która stała na komodzie po jej prawej stronie

– dziękuję- Felicja zabrała szklankę i usiadła na kanapie, po czym połknęła, lekko krzywiąc się, dość duży łyk trunku

Początkowo, ich spotkanie miało trwać kilkadziesiąt minut. Lecz z upływem czasu i upływem alkoholu w butelce. Minuty zamieniły się w godziny. Dwoje przyjaciół rozmawiali, o wszystkim. Śmiali się, wspominali stare czasy, tak jakby nie widzieli się kilka lat. W powietrzu, czuć było zapach alkoholu wymieszanego z wilgocią jaka była w mieszkaniu. Wypity alkohol, coraz bardziej szumiał im w głowach.

Nie spostrzegli nawet kiedy to początkowo oddaleni od siebie, zbliżyli się na tyle że niemal się dotykali. Lukas, coraz częściej, zawieszał wzrok na swojej przyjaciółce. Coraz trudniej, było mu walczyć z samym sobą. Pragnął dotknąć jej pięknych czarnych włosów, które tak pięknie pachnęły. Jej okrągła twarz, zielone oczy i ponętne czerwone usta, wręcz zachęcały go by je pocałować. W końcu, po wypiciu kolejnego łyka samogonu, nie wytrzymał. Zbliżył się do Felicji jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że ich ciała tworzyły w pewnym sensie całość. Położył ostrożnie dłoń na jej udzie. Widząc że przyjaciółka nie protestuje, zbliżył swoją twarz do jej twarzy. Ich usta, prawie się stykały. Patrzył głęboko w jej wielkie zielone oczy. W tym samym czasie, drogą rękę zatopił w jej włosach. W końcu stało się. Ich usta się zetknęły. Początkowo, delikatny pocałunek zamienił się w istny namiętny szał. Oboje, dali się porwać namiętności, ich ręce błądziły wszędzie. Po włosach, szyjach, torsie, biodrach.

Nagle, Felicja ocknęła się, odskoczyła jak rażona piorunem, a następnie wymierzyła soczystego liścia na policzku Lukasa. Uderzenie było takie mocne że pozostawiło na policzku mężczyzny wielki czerwony ślad dłoni. W tym momencie, ocknął się też Lukas. Złapał się za piekący policzek

Felicja stanęła na równe nogi. Alkohol tak szumiał w jej głowie że z trudem umiała utrzymać równowagę

–  hola hola!! To za daleko zaszło! Przecież przysięgliśmy sobie kiedyś że nigdy nasza przyjaźń nie zamieni się w nic więcej- mówiąc to, oplotła dłonie z tył swojej głowy. Chwiała się coraz bardziej

–  przepraszam, to moja wina, to ja zacząłem. Dobrze że to powstrzymałaś- Lukas, trzymając się nadal za piekący policzek, wstał z kanapy i ruszył ku drzwi wyjściowych- najlepiej jak teraz pójdę. Nie mogę zwalić wszystkiego na alkohol i tęsknotę za kobietą- odwrócił się i zarzucił na głowę kaptur swojej zielonkawej bluzy

– nadal o niej myślisz? Kłamałam, to nie był przypadek że poszłam za tobą w tą ciemną uliczkę. Cały wieczór z oddali, przyglądałam się jak wgapiasz się w Lili. Zrobiło mi się ciebie żal i postanowiłam jakoś cię rozchmurzyć- Felicja chwiejnym krokiem podeszła do Lukasa i położyła mu dłoń na ramieniu

– od dwóch lat wiem że to co było między nami już nie wróci, ale nadal za nią tęsknie. Brakuje mi jej dotyku, pocałunków, uścisków i dobrego słowa- Lukas mówiąc to, nadal stał plecami do Felicji, wiedział że jak na nią spojrzy, puszczą jego hamulce i rozpłacze się jak baba- a do tego dzisiaj, musiałem cały dzień z nimi przebywać. Bolało mnie, że tak im się układa. Wiem że nie powinienem, ale cały czas liczę że to co jest między nimi, w końcu się skończy

Felicja, delikatnie odwróciła Lukasa w swoją stronę. Dopiero drugi raz w życiu ujrzała jak płacze. Pierwszy raz był jak dwa lata temu przyszedł oznajmić jej że Jack – jej mąż, a jego przyjaciel zginął na misji na której byli razem. Dopiero po dwóch latach zobaczyła że ten twardy mężczyzna jet tak samo słaby i kruchy jak ona. Pozwoliła by się wtulił w jej ramiona i się rozpłakał. Oboje uklękli obok kanapy i tak bez jakichkolwiek słów zastygli. Słychać było tylko ciche szlochanie Lukasa.

W takiej pozycji na dywanie obok kanapy, oboje utulił sen. Wpadli w tak głęboki sen że nie obudziły ich nawet pierwsze promienie słoneczne nowo powstającego dnia. Obudzić ich mógł jedynie płacz Phila. Felicja, szybko wstała na równe nogi, alkohol jeszcze nie wyparował z jej głowy. Nadal jej się kręciło a w czuła jeszcze smak alkoholu. Chciało jej się pić. Ale niestety Phil był w większej potrzebie.

– dziękuję za wszystko, zawsze wiedziałem że mogę na tobie polegać-Lukas wstał niemrawo. Przeczesał dłońmi włosy. Poprawił pomiętą odzież i ruszył ku wyjściu

– cała przyjemność po mojej stronie- Felicja trzymając w ramionach małego Phila, zaczeła krzątać się po mieszkaniu

-Felicjo…

– tak?

– a co do wczoraj…-zaczął się jąkać, nerwowo przecierał dłonią spierzchnięte usta- to co… zaszło między nami…

– nie martw się, do niczego nie doszło- Felicja uśmiechnęła się przyjacielsko

– no…ale wiesz, mogło dojść- Lukas coraz bardziej nerwowo zaczął wycierać dłońmi twarz

– ale nie doszło, to nauczka na przyszłość- kobieta podeszła do niego i chwyciła za dłoń- nie ma sprawy, zapomnij o tym- te słowa skwitowała, czułym uśmiechem, po czym pocałowała go w policzek i skierowała się w stronę kuchni- a teraz wybacz ale obowiązki wzywaja

– ok, spoko już wychodzę- odwrócił się, zapiął bluzę, założył kaptury i wychodząc dodał- Ale mimo wszystko i tak przepraszam- po czym zamknął za sobą drzwi

***

  Lukas leżał na wąskim łóżku w swojej sypialni. Analizował cały poprzedni wieczór, w głowie nadal szumiał mu alkohol. Cały czas go suszyło, Wyciągnął w końcu rękę po szklankę z wodą, która stała na komodzie obok łóżka.

Nagle usłyszał pukanie do drzwi. Z grymasem bólu i zmęczenia powoli stoczył się z łózka. Ubrał buty i ruszył w kierunku drzwi. Pukanie do drzwi było, coraz to częstsze i mocniejsze. Czym doprowadzało Lukasa do niemal że szału

– no mówię, przecież że już idę!! Co jest kurwa, pali się??

Kilka sekund zajęło mu dojście do drzwi, po ich otwarciu dostrzegł trzech mężczyzn. Dwaj czarni i jeden biały, a dokładnie Newt Tomkins, Thomas Liaison i Ariel Ortega. Ubrani byli w stroje łowców, mimo że tego dnia nie było w planach żadnej misji.

Zazwyczaj widok łowców w pełnym umundurowaniu w zwykły powszedni dzień nie wróżył niczego dobrego. I jak się miało okazać za chwilę, tym razem było tak samo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *