Virus IV

Na zegarach wybiła dokładnie 5.40 rano. Jak na lipcowy poranek przystało, słońce już dawno wzeszło. Nie piekło jeszcze mocno, promienie lekko omiatały śpiące brukowe uliczki, ceglane budynki jedno i wielorodzinne, oraz kolorową roślinność. Czuć było w powietrzu jeszcze przyjemny chłodek po nocnych opadach deszczu. Powietrze było wilgotne a z roślinności okalającej wschodnią część Crimson, ściekały nagromadzone nań krople wody.

Błogą ciszę poranka raz po raz zakłócały tylko pojedyncze hałasy. Jednym razem byli to strażnicy udający się na wartę przy bramie, pośpiesznym krokiem stukali swoimi buciorami o kamienne podłoże. Śpieszyli się żeby zdążyć na godzinę 6. Innym razem zaś był to dokuczliwy pisk skorodowanych drzwi, małego magazynu z narzędziami ogrodniczymi, których to nikt wcześniej nie zamknął. Zaś one pozostawione same sobie, poddawały się lekkim podmuchom wiatru. Tańczyły sobie tego skrzypiącego walca.

 

***

 

 

Pomiędzy tymi wszystkimi odgłosami, ledwie można było usłyszeć drobne ale bardzo szybkie kroki. Nagle zza rogu wspomnianego wcześniej magazynu wręcz wybiegła niska otyła kobieta, o azjatyckich rysach twarzy.  Miała około pięćdziesiąt lat. Długie włosy spięte niedbale w kitek, powiewały na wietrze. Ubrana była w rozciągniętą szarą bluzę i w ewidentnie za długie szare spodnie. Na jej twarzy malował się strach i niepokój. Co parę kroków odwracała się nerwowo za siebie.

Nagle słysząc głosy jakiś mężczyzn podążających z przeciwka w jej stronę, przyspieszyła jeszcze bardziej. Już po chwili ujrzała cztery męskie sylwetki w czarnych uniformach łowców. Byli to, Newt Tomkins, Thomas Liaison, Ariel Ortega oraz niedawno obudzony i jeszcze skacowany Lukas Mackie. Kobieta, widząc ich wpadła wyczerpana w objęcia Thomasa. Mocno go przy tym ścisnęła za kark.  Spojrzała na niego swoimi wielkimi czarnymi załzawionymi oczyma i wymamrotała.

– wybaczcie mi! Nie mogłam dłużej tam stać pod ich drzwiami, to jest niemal pewne, Martin i Lucilla zamienili się w zombie!!- po tych słowach, w starszej kobiecie coś pękło, zalała się łzami i nie wydusiła z siebie ani słowa

Lukas delikatnie, pogłaskał kobietę po siwo czarnych włosach.

-Ciii… już dobrze, jesteś bezpieczna, nie musisz tam wracać, Thomas zaprowadzi cię do lekarza, dają Ci jakieś środki uspokajające

***

Po chwilowym zamieszaniu, spowodowanym przez roztrzęsioną kobietę, troje mężczyzn ruszyło w stronę wspomnianego budynku państwa Lee.

– dobra Ariel, opowiadaj minuta po minucie co się tutaj dzieje i co to była za kobieta?- Lukas wyraźnie zdenerwowany, warknął w stronę swojego towarzysza. W końcu, od momentu kiedy wspomniana trójka łowców zakłóciła jego wypoczynek, minęło kilka długich minut. A on nadal nie wie nic sensownego co mogłoby wyjaśnić całe to zamieszanie.

– a więc, to była panie Liu Yeming, od kilku miesięcy zajmuje się państwem Lee. Znasz ich przecież – Ariel skierował palec wskazujący w stronę Lukasa tak jak by chciał potwierdzić

Lukas przetarł dłońmi twarz i skinieniem głową potwierdził

Ariel oblizał spierzchnięte usta, przeczesał czuprynę i zaczął kontynuować opowieść

– no właśnie, Martin to były strażnik na murze, jeden z ostatnich żywych który na własne oczy widział proces tworzenia się wspólnoty. Miał chyba z osiemdziesiąt lat jego żona Lucilla była o dwadzieścia lat młodsza. Ale cierpiała na łamliwość kości. I puki Martin potrafił samodzielnie się nią zajmować to nie wzywał pomocy. Ale od trzech lat i on potrzebował już pomocy. No i stąd  była potrzebna Liu. I tak jak codzień o 5 przyszła do państwa Lee. Ale nie umiała otworzyć drzwi, coś albo ktoś je zaryglował. Próbowała dostać się do środka oknem. Ale wtedy to usłyszała trupie charczenie i się wystraszyła. A że do mnie miała najbliżej to szybko przybiegła. A ja nie chcąc robić wielkiego alarmu. Głównie ze względu na wczorajsze wydarzenia i śmierć Roberto. Odesłałem ją pod dom państwa Lee, a sam obudziłem Thomasa i Newta i ruszyliśmy po ciebie- starszy ł0wca otarł po raz kolejny pot z czoła, spojrzał na Lucasa i dodał- zrozum mnie, nie chciałem rozgłosu puki nie jesteśmy pewni co się tam stało, chodzi o morale wspólnoty

– w pewnym sensie Cię rozumiem, ale wiesz dobrze, że to było skrajnie, nieodpowiedzialne zachowanie z twojej strony?- Lukas skarcił swojego starszego kolegę

***

W końcu mężczyźni dotarli pod niski, jednorodzinny ceglany domek państwa Lee. Była to skromna, ale zadbana posiadłość. Cały dom okalał niski szary drewniany płotek. Na wąskim ogródku przed schodami rosły i kwitły, różnokolorowe kwiatki.

Lukas ruszył jako pierwszy w stronę drzwi, ostrożnie nacisnął klamkę. Ale drzwi ani drgnęły. Faktycznie, od środka ktoś je czymś wielkim zastawił, może jakąś komodą albo szafką. Dowódca straży odwrócił się do pozostałych towarzyszy i wzruszył zrezygnowany ramionami. Następnie podszedł do jednego z dwóch okien po lewej stronie od drzwi. Przetarł ręką zabrudzone szyby, wytężył wzrok i zajrzał do środka. Prze dłuższą chwilę nic nie dostrzegł. Nagle ni stąd ni zowąd trzy milimetry od niego ukazała się wielką zakrwawiona, blada twarz starszego mężczyzny. Jej wielkie mlecznobiałe oczyska dostrzegły kolejny cel ataku. Już na samą myśl o świeżym ciepłym ludzkim mięsie, żółte zębiska zaczęły przeraźliwie kłapać.

Ten widok tak przeraził Lukasa, że aż odskoczył na kilka metrów do tył, nie widząc co się znajduje za jego plecami, potknął się o wystającą deskę. I padł jak rażony piorunem, wprost w kolorowe i słodko pachnące kwiaty.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę że między nim a tą szkaradą była jeszcze trzy milimetrowa szyba. Wydawać się może że to niewiele, ale dla takiego bezmózgiego stwora jakim stał się niedawno pan Martin Lee to zapora niemal nie do przejścia. Ale mimo to nie jeden na miejscu Lukasa zsikał by się w gacie. 

– ja pierdole!! Kurwa!! Kurwa!! Kurwa!!- Lukas szybko się pozbierał, wstał na równe nogi, nerwowo się otrzepywał, przecierał raz po raz twarz dłońmi. Jego oddech był szybki i nieskoordynowany- niemal się zlałem w gacie- zakrył dłońmi oczy i zaczął się histerycznie śmiać

– nic Ci nie jest? Wybiegłeś stamtąd jak byś zobaczył ducha- Newt mówiąc to, trzymał Lukasa za ramię i spoglądał jak w tym samym momencie, w stronę okna szedł, ostrożnym i niepewnym krokiem Ariel.

-no prawie, kurwa!! stary, wiele w życiu widziałem, wiele trupów dobijałem, ale nigdy w życiu nie byłem tak blisko żadnego z nich.

-mogę się tylko domyśleć, że tym trupem jest Martin?- niepewnym cichym głosem zapytał Newt

-niestety, ale tak i widząc na jego twarzy świerzą krew, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć że w środku znajdziemy kolejne ciało- Młody dowódca straży w końcu się pozbierał, uspokoił oddech. Ruszył po raz kolejny w stronę okna- hej Ariel, widzisz tam kogoś jeszcze?

Ariel, stał wlepiony w szybę i ze skupieniem obserwował co się działo w środku, po chwili odpowiedział – ciężko coś dostrzec przez te umazane okna, ale po krwistych śladach na podłodze, ciągnących się od okna do sypialni, mogę stwierdzić że pani Lili stała się pierwszą zdobyczą tej bestii

-no dobra, według przepisów, jeszcze Ty Newt, musisz potwierdzić naszą wersje- Lukas spojrzał na młodego mężczyznę

– z całą odpowiedzialności za swoje słowa potwierdzam – Newt mówiąc to, poprawił swój mundur i ruszył w kierunku domu

Po tych słowach, Lukas wyciągną krótkofalówkę i zaczął nawoływać centralę. W ciągu trzydziestu minut, na miejscu pojawiło się dwunastu strażników, kilku lekarzy, dwóch członków rady nadzorczej Dawid Oakland i Rita Scamander. Cała akcja, przejęcia żywego trupa, przebiegła szybko i sprawnie. Nikt nie ucierpiał, bestia została zabezpieczona.Następnie zapakowano ją do klatki i około dwunastej w południe, specjalna ekipa miała ją wywieźć za mur.

***

Zegar słoneczny na placu głównym wskazywał godzinę 12.10, Lukas wraz z Thomasem Liaisonem siedzieli w zacienionej części placu, na metalowych beczkach. Upał dawał już się we znaki. Mężczyźni siedzieli w samych szortach, bez koszulek. W dłoniach trzymali kubki z zimnym kompotem jabłkowym. W ciszy obserwowali jak czworo mężczyzn w czerwonych mundurach straży, zaprzęgło czarnego, wielkiego konia do wozu na którym była klatka z trupem pana Martina Lee. Mężczyźni po krótkiej wymianie zdań, wsiedli na wóz i ruszyli w stronę bramy.

Lukas podniósł do ust kubek i połknął spory łyk zimnego napoju. Cały czas nie spuszczał wzroku z oddalającego się wozu i z klatki w której wił się jak oszalały, blade truchło Martina. Raz po raz próbowało przełożyć swoje sine kościste paluchy przez szpary w klatce. Tylko po to by złapać i spróbować rozszarpać jednego z dwójki strażników którzy siedzieli na tyle wozu.

– a co z panią Lucille Lee?- nagle leniwą ciszę przerwał swoim pytaniem, Thomas

– praktycznie nic z niej nie zostało, Martin zamienił się w trupa gdzieś około północy, więc miał pięć godzin aby rozpracować swoją żonę. Zostało kilka kości, garść jelit i częściowo rozerwany korpus- Lukas ze spokojem odpowiedział ciekawskiemu koledze-  a co z panna Liu? Zaopiekowałeś się nią? Zaprowadziłeś do punktu medycznego?

Thomas przeciągnął się mocno. Otarł pot z łysej głowy, poprawił swoje wielkie okular. Westchnął głośno.

– tak, wszystko ok. Początkowo nie potrafiłem sobie z nią poradzić, była roztrzęsiona, ale dostała końską dawkę leków uspokajających i zasnęła w moich ramionach

Lukas spode łba spojrzał na Thomasa, uśmiechnął się ironicznie i zapytał- w twoich ramionach??

– no tak, całą drogę trzymała mnie tak mocno że ledwie łapałem oddech, a gdy doszliśmy do punktu medycznego nie pozwoliła mi odejść. Zasnęła mi w ramionach. A ja dopiero wtedy mogłem odejść. I dlatego nie zdążyłem na całą tą akcję przechwytu trupa – chłopak ściągną  lewą ręką swoje okulary i zaczął przecierać chusteczką umazane szkiełka.

***

W tym samym czasie po drugiej stronie placu, w budynku rady na jednym z ciemnych chłodnych korytarzy rozmawiał Doktor David Davids z liderem Orlando Malcolmem i członkinią rady Ritą Scamander

– i co okryliście w domu państwa Lee?- Orlando zapytał Davida

-Niby nic, w końcu Martin w tym roku skończył by osiemdziesiąt dwa lata. Najbardziej sensownym wytłumaczeniem jest to że zmarła ze starości

-Ale jak bym Cię nie znała, uwierzyłabym że sam w to wierzysz, ale widzę po twarzy że masz jakieś „ale”- Rita, uśmiechnęła się delikatnie, poprawiła swoje długie rude włosy i spojrzała przenikliwym wzorkiem na Dawida

Chłopak wyprostował się, przyłożył palec wskazujący do swojego piegowatego krzywego nosa i po chwili zastanowienia odpowiedział

– Nie chciałem tego mówić bo to tylko moje domysły, jestem po prostu bardzo ostrożny i podejrzliwy

-Dobra!! Gadaj!! – Orlando zaczął się niecierpliwić i aż pozwolił sobie krzyknąć na młodego doktora

-Dobrze! Już dobrze!- Dawid założył ręce za plecami i kontynuował- A więc tak, zaciekawiło mnie jedno, to że w ciągu jednej doby zmarli dwaj zasłużeni mężczyźni, którzy wiele znaczyli dla nas. Nie tylko przez swoje doświadczenie ale też przez to co w życiu przeżyli. Poszedłem więc do swojego biura i zacząłem analizować i porównywać oba przypadki.

-I co wyszło z twoich porównań?- Rita aż zbliżyła się do Dawida i patrzyła mu się głęboko w oczy

– Po pierwsze, obaj nadużywali alkoholu, po drugie obaj w przeszłości zostali ukąszeni przez żywego trupa. Obaj też od ok dziesięciu lat brali antidotum. A jak wiemy, antidotum jest skuteczne tylko w tedy gdy bierze się je regularnie. I o ile w przypadku Martina nie było z tym problemu bo wszystkiego pilnowała jego opiekunka. To u Roberto nie mam tej pewności. I to tylko jedyne co ich dzieli. A wiecie jakie są objawy, u osoby która nie bierze szczepionki regularnie?

– Zaczerwienienie, infekcja wokół rany, nawet jak rana ma dziesięć lat, sinienie i gnicie tkanki skórnej za uszami, czasem na głowie a w niemal każdym przypadku pod paznokciami co powoduje ich schodzenie- Rudowłosa kobieta dumnie wyrecytowała regułkę której przed laty nauczyła się na szkółce w Avis

Dawid wskazał palcem na Ritę, kiwną z uznaniem głową i dodał-  Dokładnie!! I wiecie co zaobserwowałem na trupie Roberto?

Orlando zrobił dwa kroki do boku i wsparł się ramieniem o ścianę – z pewnością te same objawy

-dokładnie tak! – odparł Dawid

– Z całym szacunkiem, ale niczego wielkiego nie odkryłeś, każdy kto znał Roberto, wiedział że to pijus i kiedyś się przez to zabije- odwarknął mu już wyraźnie znudzony Orlando

– Tak Ci się tylko wydaje! Dzisiaj jak zabierali Martina, tez postanowiłem go zaobserwować, ze względu na to że się szarpał nie umiałem sprawdzić jego starej rany, ale przyglądałem się długo jego paznokciom i zauważyłem gnijący naskórek!!- Dawid po tych słowach zatkał dłonią usta a jego wzrok utkwił w posadzce

– To chcesz powiedzieć że Martin też nie brał leków?- lekko drżącym głosem zapytała Rita

– Problem w tym że rozmawiałem z tą opiekunką i zaklinała że regularnie otrzymywał antidotum. A więc jeśli regularnie zażywał leki to objawy nie mogły wystąpić – emocje w Davidzie sięgały zenitu, chłopak nie umiał powstrzymać emocji i strachu, odwrócił się od towarzystwa i wsparł się dłońmi o ścianę. A głowę mocno spuścił w dół

– Ale wystąpiły- dodała cicho Rita

-Czyli może to oznaczać że antidotum przestało działać?- Orlando zaczął z niepokojem się dopytywać

-Jest takie duże prawdopodobieństwo, historia medycyna zna miliony przypadków gdzie wirus po tym jak znaleziono na niego skuteczną szczepionkę, zmutował się tak że szczepionka przestała być skuteczna

-Jesteś pewien swojej analizy?- Orlando podszedł do Dawida na odległość trzydziestu centymetrów i spojrzał na niego z góry

-Jeszcze nie, muszę przeprowadzić szereg badań, najlepiej jak bym mógł wrócić na jakiś czas do Avis, tam z całym zespołem specjalistów byśmy ogarnęli temat

-Masz moją zgodę! Jedź, ale pamiętaj, puki nie będziesz niczego pewien, cała ta rozmowa zostanie między nami, nikt nie może o tym się dowiedzieć, nawet Lili!!- Orlando złapał za ramię Dawida a po chwili poklepał go drugą ręką po policzku i poszedł w kierunku swojego mieszkania

***

Rita i David wyszli z budynku rady i cały czas rozmawiając udali się do punktu medycznego.

– Zdajesz sobie sprawę jakiego odkrycia dokonałeś? wiesz ile osób w całej wspólnocie używa aktualnie antidotum?

– Dokładnie 436 osób- Dawid szedł powolnym krokiem przez plac, ręce miał schowane do kieszeni długich jeansowych spodni

– I to od Ciebie zależy los tych 436 osób

Dawid wzruszył ramionami, lekko się uśmiechnął i dodał- No nie ma co! Umiesz podnosić na duchu, a jak mi się nie uda to wspólnota straci 436 obywateli

Rita nagle zatrzymała się przed Davidem na środku placu, spojrzała na niego i dodała – Ale z całym szacunkiem do Ciebie, Ja w Ciebie wierzę w stu procentach, uda Ci się- po tych słowach, nie zważając na to że oboje stoją na środku placu a w koło tętni życie, uwiesiła się mu na szyi i gorąco pocałowała.

Dawid szybkim zdecydowanym ruchem odepchnął ją od siebie i bez słowa oddalił się. Spuścił nisko głowę, udając że nikt go nie widzi. Niestety było zgoła inaczej, widziało go mnóstwo osób. A na jedną z najważniejszych nagle wpadł. Podniósł głowę do góry a jego oczom ukazał się Lukas Mackie. Stał tak przed nim jak wryty, lekko tylko z przekąsem się uśmiechnął. Po kilkunastu sekundach takiego mierzenia się wzrokiem, mężczyźni rozeszli się w swoje strony.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *