WIELKA SOWA – CZYLI, ŚNIEG W GÓRACH – PIĘKNO NATURY W CAŁEJ OKAZAŁOŚCI 2/28

    Moja przygoda z górami sowimi zaczęła się w maju 2018 roku. Wtedy to wybrałem się na weekend by cały ten wolny czas spędzić na spacerowaniu po górach i kontemplowaniu przyrody. Wtedy myślałem że, to co widzę wokół, to najpiękniejsze obrazy jakie w życiu mogłem zobaczyć. Żyłem w tym przeświadczeniu kilka miesięcy. Lecz 16.12.2018 musiałem przyznać przed samym sobą, że się myliłem.

    Ale od początku. To był kolejny niedzielny poranek, dokładnie tydzień po mojej wyprawie na Ślężę. Wtedy to w moim notatniku widniał napis „WIELKA SOWA „(Wielka Sowa 1015 m.n.p.m najwyższy szczyt Gór Sowich). To był mój kolejny cel, by w ostateczności osiągnąć wymarzone KGP.

    Bez zbędnych szczegółów odnośnie drogi z mojego domu do miejscowości Sokolec( stamtąd miałem zamiar ruszyć na szczyt) ponieważ to historia mało ciekawa, trwała ok dwie godziny i przebiegła bardzo płynnie.

A więc przenieśmy się już na parking koło pensjonatu „pod wyciągiem” mieszczącego się w Sokolcu niedaleko szlaku czerwonego na „przełęczy sokola”. Po wyjściu z auta, natychmiast urzekły mnie otaczające widoki. Wszędzie biało, pięknie, mroźnie. Dosłownie, całe zimowe piękno, ukazało się mym oczom w całej swej okazałości. Tego nie da się opisać słowami, mam ponad 30 lat ale nigdy nie miałem przyjemności widzieć na żywo takiej zimy w górach.

„Jak można przechodzić koło drzewa i nie być szczęśliwym, że się je widzi? Rozmawiać z człowiekiem i nie być szczęśliwym, że się go kocha?”

   Po dłuższej chwili takiego zafascynowania, ruszyłem w stronę mego celu. I tak jak pisałem wcześniej, wybrałem sobie tego dnia szlak czerwony.

Na samym początku czekało mnie ostre podejście. Ale tym razem, wziąłem sobie je na spokojnie( nie tak jak tydzień temu) i po kilku minutach pokonałem je.

Z dumą założyłem ręce na biodra, wypiąłem pierś do przodu i chciałem powiedzieć całemu otaczającemu mnie światu że jestem świetny i silny. Lecz w tym samym momencie minęła mnie rodzina z kilkuletnim dzieciakiem. Które samo, na swoich małych nóżkach pokonało to wzniesienie!!! Z którego pokonania Ja byłem taki dumny. Kolejny raz zostałem sprowadzony na ziemię.

  Po tym gdy kolejny raz musiałem zrozumieć że jeszcze dużo pracy przede mną, ruszyłem dalej. Po jakimś czasie doszedłem do pierwszego schroniska „ORZEŁ”.  Budynek wyglądał jak z jakiejś bajki, na dachu gruba pokrywa śniegu. Na szybach mroźne wzory, z komina wydobywał się lekki szary dym. Z podejścia już był usunięty śnieg. Nie wiem, może wydawać wam się będzie że jestem jakiś dziwny, bo zachwycam się normalnymi rzeczami. Ale uwierzcie, to był mój „pierwszy raz” .

Po za tą rodziną z małym kilkulatkiem na szlaku było naprawdę mało osób. Ale co się dziwić w końcu mało komu chce się wyruszyć na szlak w zimowy niedzielny poranek ok 8.30.

Jedyne dźwięki jakie mi towarzyszyły to, skrzypienie śniegu pod naciskiem butów. Szelest zmrożonych gałązek na drzewach, które co jakiś czas były smagane lekkimi podmuchami wiatru.

  Po kolejnych kilkunastu minutach doszedłem do kolejnego schroniska „SOWA”.  Tam zdecydowałem podbić pierwszy raz książeczkę na stronie Wielka Sowa. Po krótkiej chwili ruszyłem dalej. Przede mną ukazało się małe rozdroże. Ale Ja trzymałem się cały czas mojego czerwonego szlaku i podążając za nim skręciłem w lewo.

    Jeszcze jedno większe podejście i udało mi się. Wszedłem na Wielką Sowę!!

    Mym oczom ukazała się najpierw drewniana brama. Kilka metrów za nią stała, dumnie prężąc się, wielka, biała, wieża widokowa. Ośnieżona i naznaczona mroźnymi wzorami. Kolejny bajeczny widok.

    Moją uwagę przykuły również drewniane posągi. Przykryte białym puchem, który po mroźnej nocy zamienił się w białą skorupę na której wyraźnie odbite były smugi wietrzne.

Po dłuższej chwili poświęconej zachwycaniu się widokami, podszedłem do znaku z napisem ” Wielka Sowa 1015 m.n.p.m”  i zrobiłem pamiątkowe zdjęcie.

„Czas na coś gorącego do picia” pomyślałem i podszedłem do budki niedaleko wieży. Tego ranka jak nigdy wcześniej smakowała mi gorąca, czarna, lekko słodzona kawa. Pobudziła mój lekko zziębnięty organizm.

Pochwalę się wam że tamtego dnia to właśnie ja!! Jako pierwszy wszedłem na wieżę… Niestety piękne widoki przysłaniała mgła. Ale i tak dla mnie to było coś pięknego

    Cała moja wizyta na szczycie trwała ok 40 min. Jeszcze porozmawiałem chwilę z panem „kasjerem” o trasie jaką najlepiej wybrać żeby wrócić w okolice Rzeczki. Wspólnie zdecydowaliśmy że najlepsza dla mnie będzie trasa na Małą Sowę, żółtym szlakiem. Tak też zrobiłem.

Wracając już w kierunku Rzeczki, zaczęły mnie mijać coraz to liczniejsze grupki miłośników górskich. A wiecie co podobało i nadal podoba mi się w górach? Oczywiście oprócz przyrody która jest bezkonkurencyjna. Podoba mi się nastawienie ludzi. Uśmiechnięte twarze, zawsze miłe słowo na przywitanie. W razie problemów zawsze wyciągną pomocną dłoń. Na górskich szlakach czuje się jak w domu. Jakby otaczała mnie rodzina a nie przypadkowi obcy ludzie.

Idąc tak w miłej, atmosferze, o mały włos a ominął bym Szczyt Mała Sowa. I w tym miejscu taka moja uwaga dla tych którzy pierwszy raz pójdą w góry sowie. Uważajcie na szczyt Mała Sowa, jest słabo oznaczony. Mała blaszka z napisem, przybita do pnia drzewa, latem zasłaniają ją liście a zimą śnieg.

Kolejnym moim przystankiem była Jelenia Polana. W tamtym miejscu zszedłem z żółtego szlaku i poszedłem w prawo, szlakiem czarnym.

   Oczywiście, nie byłbym sobą gdybym nie zdecydował zboczyć trochę z kursu. Zamarzyło mi się poznać trochę dzikiej części lasu. Nie patrząc na wysokość zasp śnieżnych oraz ilości przeszkód jakie miałbym do pokonania. Wszedłem w las… Tam to dopiero było ślicznie, a poza tym mogłem poobserwować na śniegu pozostawione ślady zwierząt.

   Po jakimś czasie zdecydowałem zawrócić na szlak( przyznam, miałem przemoknięte spodnie, ale i tak warto było!)

Niestety, jak to zawsze bywa, dobre chwile szybko się kończą. I w tym wypadku było tak samo. Moja wyprawa dobiegła końca. Ze szlaku zszedłem w Rzeczce koło pensjonatu „KROKUS”. Stamtąd już tylko kilkadziesiąt metrów i dotarłem do samochodu.

Podsumowując, to był mój najlepszy, pod względem wizualnym wypad w góry. Wiem że jeszcze nie raz doświadczę tych widoków. Może nawet i lepszych. Ale jedno jest pewne. Pierwszego razu się nie zapomina. Zawsze będzie wyjątkowy.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *